Recenzja #96: I’m In trouble… Zakochałam się w powieści.

Maybe-Someday

Tytuł: Maybe Someday
Autor: Colleen Hoover
Seria: Maybe(?)
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 440

Hej, czy spotkaliście się kiedyś z taką autorką, której pierwsza książka była dla was udręką, której nie dokończyliście i uważacie za porażkę zeszłego roku, a druga powieść zawładnęła waszym sercem, umysłem i ciałem? To właśnie moja historia z twórczością Colleen Hoover.

On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.
Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…/bookgeek.pl

W „Hopeless”, pierwszej powieści autorki, przygniotły mnie postaci, które były dość schematyczne, a główna bohaterka była zebraniem kilku cech charakteru w jedną osobę, co z tego, że przecież się one wykluczały. Jednak w „Maybe Someday” mamy odwrotną sytuację. Wszyscy są tak dobrze przemyślani i zaprezentowani, że możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy nagle zaczęłam traktować bohaterów jak dobrych znajomych. Sydney to nieustraszona, waleczna amazonka a Ridge to wrażliwy ale potrafiący oddać komuś w twarz muzyk. Oboje pasują do siebie idealnie, ale… No właśnie pojawia się „ale”, które przez całą książkę mnie frustrowało i nie dawało oderwać się od powieści.

Fabuła być może, nie jest zbytnio wyszukana, ale to jak jest zaprezentowana zmienia wszystko. Pojawia się napięcie, namiętność, śmiech ale też ból, bardzo dużo łez i bólu. Jednak nie dość, że to nadaje tempa akcji to jeszcze wciąga coraz głębiej i głębiej w fabułę. Nie mogłam się oderwać i przerzucałam kartki jedna za drugą aż nie zobaczyłam ostatniego zdania. Czego zaraz pożałowałam bo chciałam więcej i więcej. Hoover potrafi też zestawić ze sobą rzeczy smutne z zabawnymi dialogami i sytuacjami. Nie raz uśmiałam się przy tej powieści do łez, dzięki czemu czuję do autorki jeszcze większą sympatię.

Styl i język autorki jest młodzieżowy, ale również bardzo zgrabny. Pisze świetne dialogi, o których wspomniałam wcześniej, potrafią być zarówno zabawne jak nieść wiele emocji. Do tego dzięki stylowi autorki, wprowadziła ona wszechobecne napięcie, które nie odpuszcza.

Reasumując: Nie lubię tego przyznawać, ale myliłam się. Hoover nie jest spisana na straty, wręcz teraz ją uwielbiam. Być może, kiedy czytałam „Hopeless”, nie był na to odpowiedni czas, albo po prostu fabuła nie była dla mnie. „Maybe Someday” pokochałam całym sercem, nie tylko bohaterów czy fabułę, ale też piosenki skomponowane do powieści, których teraz słucham cały czas(nie zazdroszczę sąsiadom). Uwielbiam powieści, przy których można płakać ze śmiechu jak i ze smutku, który się odczuwa. Pani Hoover, skłaniam się w pani stronę i proszę o więcej pani powieści, oraz przepraszam za „Hopeless”.

Książka pochodzi z zasobów własnych,

Mało oryginalna

Advertisements

One thought on “Recenzja #96: I’m In trouble… Zakochałam się w powieści.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s